🎎 Chłopak Mnie Rzucił Dla Innej

Translations in context of "chłopak rzucił" in Polish-English from Reverso Context: Chłopak rzucił ją w noc balu. MATKA vs CÓRKA - CHŁOPAK MNIE RZUCIŁ feat. BABCIA . 19.02.2018. MATKA vs CÓRKA - Mamo, powiększam sobie piersi! Czy 2018.r. był dla Ciebie udany? Za trzecim razem wszystko będzie już dla was jasne. Ewa nie miała wątpliwości, że Edi jest mi pisany. Tyle że trzeciego razu nie było. Pod koniec ogólniaka zakochałam się w Mariuszu. W każdym razie, tak mi się wydawało. Mariusz był poważny i wybrał sobie właśnie mnie. Klasyczna szkolna para. Wiem, że może zabrzmieć to banalnie i melodramatycznie, ale mój świat się zawalił, kiedy mąż zostawił mnie dla innej kobiety. Kompletnie się tego nie spodziewałam. Przez dwadzieścia lat uznawałam nasze małżeństwo za udane. Jak się potem okazało, karmiłam się złudzeniami, a smutna rzeczywistość po prostu mnie przerosła. Audrey jest uroczą, ale raczej zwyczajną dziewczyną. Nie w głowie jej szalone przygody, ryzykowne postępki, spontaniczne porywy. Jej największą ekstrawagancją jest przyjaźń ze zwariowaną i nieprzewi­dywalną Morgan. Życie obu dziewczyn zostanie wywrócone do góry nogami, gdy okaże się, że były chłopak Audrey jest tajnym Traductions en contexte de "mój chłopak rzucił mi" en polonais-français avec Reverso Context : Właściwie, mój chłopak rzucił mi kilka ciekawych informacji kiedy wychodziłam. Potwornie banalna, nudna, ukazująca trzy kretynki, dla których sensem życia jest mężczyzna, i to w dodatku ten sam. ja wiem, że jest dużo takich dziewczyn, dlatego książka jest taka popularna. Najbardziej wkurza mnie to, że autorka nie skupia się na tym, co pozytywnego można zrobić ze swoim życiem, kiedy układa nam się nie tak Odp: Zostawił mnie dla innej po kilku latach związku. Wiesz ja się cieszyłam, że ma jakieś swoje zajęcie. Nie chciałam by siedział w domku tylko dlatego,że ja nie nadawałam i nadal nie nadaję się do zbyt intensywnego życia. On niestety zaczął wykorzystywać to i oznajmił mi na koniec, że poczuł się jak kawaler. Szpieg, który mnie rzucił. Audrey jest uroczą, ale raczej zwyczajną dziewczyną. Nie w głowie jej ryzykowne przygody i spontaniczne porywy. Jej największą ekstrawagancją jest przyjaźń z nieprzewidywalną i zwariowaną Morgan. Życie obu dziewczyn zostanie wywrócone do góry nogami, gdy okaże się, że były chłopak Audrey jest Pewna dziewczyna zabrała mnie kiedyś do Francji na wycieczkę po restauracjach z gwiazdką Michelina. Jakiś koleś zaraził mnie kurzajkami. Jak miałam 13 lat, rzucił mnie chłopak, bo Odp: Co zrobić gdy mąż zakochał się w innej : ( (. kasiu zajmij sie dzieckiem. daj sobie spokoj ,bo teraz ci potrzebny. faceci tacy byli i beda ,robia to tez pokryjomu ,o czym my nie wiemy. dziewczyny sa winne ,nie szanuja sie ,mysla ,ze facet powie ,ze kocha i juz moga go miec ,a jemu tylko zalezy na seksie. zostawił? :/ Sama nie wiem po co mi to, może dla własnej satysfakcji. Nie byliśmy ze sobą jakoś szczególnie długo, ale mimo że rozstaliśmy się rok temu to wciąż nie mam innego i ciągle o nim myślę, przeżywam to strasznie. Czasami staram się zapomnieć, ale nie wychodzi. Wie dobrze jak przez niego cierpię, a jeszcze do niedawna bawił się moimi uczuciami. Teraz biorę się w 6WINL. fot. Adobe Stock, New Africa Czy bylibyśmy teraz razem…? Nie wiem. Dużo na to wskazywało, a wiele ciągle jeszcze świadczy za nami. Przede wszystkim to, że jesteśmy sobą zafascynowani. Niestety, rodzące się uczucie poturbowały ludzka głupota i złośliwość. No i kompleksy, z których tak trudno Markowi się wyzwolić. Bo Marek jest niepełnosprawny. Nie urodził się taki. Kiedy był mały, miał wypadek i doszło do uszkodzenia rdzenia kręgowego. Został sparaliżowany od pasa w dół i w ten oto sposób los skazał go na wózek. Tyle o jego niepełnosprawności wiedziałam, bo on sam za wiele nie chciał mówić. Nigdy nie pogodził się z tym, co go spotkało, i dlatego unikał tematu z właściwą sobie konsekwencją. Poznaliśmy się na kursie języka angielskiego. Marek zapisał się na niego, bo chciał „zwiększyć swoje szanse na porządne zatrudnienie po szkole”, a ja poszłam na dodatkowe lekcje, bo naciskali na to rodzice. Traf chciał, że usiedliśmy w ławce koło siebie i ciągle go o coś pytałam. Ciągle zawracałam mu głowę. – Czy państwo flirtujecie przynajmniej po angielsku? – zapytał któregoś dnia nauczyciel rozgoryczony naszą niesubordynacją. – Nie, proszę pana, tradycyjnie, po naszemu… – odparłam szeroko uśmiechnięta, a Marek cały poczerwieniał. – Proszę się skoncentrować… – Dobrze. – …skoncentrować na lekcji. Nie na sobie nawzajem! – dorzucił jeszcze lektor, a Marek zrobił się niemal purpurowy. Pamiętam, że już wtedy zdałam sobie sprawę, że ten chłopak ma problemy z akceptacją samego siebie. Zgarbił się, włożył nos w książkę i do końca zajęć już nawet na mnie nie spojrzał. A gdy lekcje się skończyły, natychmiast uciekł do domu. Wyjechał na wózku z sali i zniknął, zanim zdążyłam się spakować. Było nam razem naprawdę dobrze, także w łóżku Przyznam, że już wtedy byłam nim zafascynowana. Nie tylko jego charakterem, ale i urodą. Miał długą, pociągłą twarz, regularne, pełne usta i lekki zarost. A do tego muskularne ręce i tors. Dużo ćwiczył, żeby jak najlepiej radzić sobie na wózku. W tych ćwiczeniach był bardzo konsekwentny i zdeterminowany – zresztą jak we wszystkim, co robił. Bardzo mi tym imponował. – Ile razy w tygodniu pakujesz? – zapytałam go kiedyś zalotnie; wiedziałam, że się speszy, a bardzo lubiłam wytrącać go z równowagi. – Codziennie. – Naprawdę? Musisz mieć bicepsy ze stali… – udawałam głupią, ale tak z przymrużeniem oka; to było zabawne i często przewracało chłopakom w głowach. – Nie wiem… Chyba nie… W ogóle uważam, że to nietrafiona przenośnia. To porównanie mięśnia do stopu żelaza z węglem… – filozofował Marek. – Daj, dotknę. Zobaczymy, czy to rzeczywiście ten stop, czy tylko się tak napinasz… – Gosia! – odsunął rękę speszony. – Nie wstydź się! Chodź ze mną na randkę! – wypaliłam wtedy bez wahania. – Gośka, proszę… Przestań się wygłupiać. Za każdym razem, gdy proponowałam, żebyśmy spotkali się poza zajęciami, Marek patrzył na mnie jak na szaloną. Zgodził się dopiero po dwóch miesiącach namawiania. A gdy już poszliśmy na kolację, rozglądał się dookoła, jakby sprawdzał, kto nam się przygląda albo z nas drwi po kryjomu. Do tego ciągle spoglądał na zegarek, jakby się spieszył do domu. W końcu nie wytrzymałam i zapytałam wprost. – Co jest grane? – A o co chodzi? – udawał głupiego. – Rozglądasz się wokół, jakbyś się bał, że dojdzie tu za moment do ataku terrorystycznego… No i wgapiasz się w ten zegarek. Spieszysz się do innej? – Nie, Gosia, co ty mówisz! – wyraźnie się ożywił. – Nie wiem, dlaczego… Taki tik. Przepraszam cię. Nigdy bym cię na inną nie zamienił! – wyrwało mu się i znów poczerwieniał. – Nie chciałem, żeby to tak zabrzmiało, jakbyś była moja! Nie mam do ciebie żadnych praw… Przecież to nasze pierwsze spotkanie. Pewnie nawet nie randka… Rozumiesz…? Roześmiałam się i złapałam go za rękę Miałam ochotę wstać i go pocałować, ale bałam się, że wtedy już całkiem wpadnie w panikę i zwieje bez pożegnania. Zrobiłam to więc dopiero pod blokiem, gdy mnie odprowadził. Siadłam mu na kolana i tak się nasza przygoda zaczęła. Przygoda, która powinna mieć dobry finał… Powinna, bo przez cały czas czułam, że w końcu dobrze trafiłam. Zawsze marzyłam o takim facecie. Jestem dość postrzelona, a pociągają mnie mężczyźni rozsądni, rozważni i stonowani. Marek taki właśnie jest. To, że nie chodzi, nie ma dla mnie większego znaczenia. Zwłaszcza gdy po naszym pierwszym razie okazało się, że nie ustępuje zdrowym facetom pod żadnym względem. Ba! W tych kwestiach nawet przewyższał ich pomysłowością i zaangażowaniem. To był dobry związek, który jednak przerwało naprawdę przykre wydarzenie. Byliśmy ze sobą ponad pół roku i wszystko świetnie się układało. Marek nie zamykał się już w sobie, coraz coraz rzadziej słyszałam od niego, że na mnie nie zasługuje, że powinnam sobie znaleźć kogoś lepszego, zdrowego… Nauczyłam się go też w trudniejszych chwilach rozweselać. Przekonywać różnorakimi gestami, że jest tym jedynym. Szło więc wspaniale, aż do tego feralnego wieczora… Wracaliśmy wtedy z miasta. Byliśmy na kolacji ze znajomymi, a że oboje mieszkamy niedaleko rynku, postanowiliśmy się przejść. A właściwie „przejechać”, jak to żartował sobie czasem Marek. Musiał być w bardzo dobrym nastroju, żeby użyć tego określenia. Tym razem w takim był, bo powtórzył je dwa razy. Mielibyśmy więc za sobą bardzo udany dzień, gdyby nie te cholerne gnoje! Zauważyłam ich już z daleka. A właściwie to usłyszałam. Darli się, śpiewali jakieś idiotyczne, kibicowskie piosenki, a jeden z nich rzucił pustą puszkę po piwie. Spięłam się cała w środku i modliłam, żeby dali nam spokój, żeby przeszli obok. Niestety, nie mieli zamiaru. – Ej, lasia! – zawołał jeden. – Zostaw tego ziomka na ruchomym krzesełku! Nam, normalnym facetom, przynajmniej kuśka dyga! Śmiali się, ale ja postanowiłam ich ignorować. Przejść, przemilczeć, nie zauważać. Miałam nadzieję, że Marek też tak zrobi. Niestety, te same kompleksy, które czasem wpędzały go w kompletnego doła, w takich sytuacjach jedynie nakręcały do działania! – Zamknij ryj, bezmózgi kretynie! – krzyknął Marek, a ja zdążyłam tylko spojrzeć na niego. – Coś ty powiedział, pokrako?! – wściekł się tamten i ruszył na niego. – Powtórz to! – Co powtórzyć? Czego nie zrozumiałeś, imbecylu?! – Marek… – jęknęłam, a tamten już zacisnął pięści i zamierzył się na mojego chłopaka. Marek uchylił się od ciosu w ostatnim momencie, a rozwścieczony gnojek stracił równowagę i wpadł na niego z impetem. Przewrócił wózek i obaj potoczyli się po ziemi. Wtedy mój chłopak chwycił kibola swoimi potężnymi łapskami i zaczął go dusić, aż oczy wylazły mu z orbit. Na pomoc koledze przyszedł drugi z napastników. Kopnął leżącego Marka najpierw w żebra, a potem w głowę. Wcisnął mi w rękę banknot i kazał jechać do domu Gdy trysnęła krew, zaczęłam krzyczeć, wołać o pomoc. Próbowałam odciągnąć tego kopiącego, ale on mnie odepchnął i też upadłam na ziemię. Na szczęście wtedy zbiegli się ludzie i przegonili tych cwaniaczków. Pomogli wstać mnie, a dwóch rosłych facetów wsadziło Marka na wózek. Pamiętam, że jak już siedział, wyrwał im się z rąk. Warknął, że nie było potrzeby, że sam sobie radził. Krew zalewała mu twarz, a on układał nogi na wózku i mamrotał coś pod rozbitym nosem. Przyklęknęłam przy nim i wyciągnęłam chusteczkę, żeby obetrzeć mu twarz z krwi. Wtedy i mnie się oberwało. – Zostaw… Zostaw, do cholery! – krzyknął, gdy nie posłuchałam za pierwszym razem. Wyglądał strasznie. Był cały umazany krwią, a twarz wykrzywiał mu grymas wściekłości i rozgoryczenia. – Gdzie te palanty? Gdzie są? – pokrzykiwał, rozglądając się na boki. – Marek, daj spokój, trzeba jechać do szpitala. Nie rozglądaj się za nimi, do cholery! Miałeś szczęście, że cię nie zabili… – Szczęście? Szczęście?! Ty to nazywasz szczęściem, do cholery?! To? To?! – zaczął walić się zakrwawionymi dłońmi po nieruchomych, wiotkich nogach; coraz mocniej i mocniej jak w jakimś napadzie szału. – To jest, według ciebie, szczęście? To?! Te dwa pieprzone kulasy?! Ten pieprzony wypadek?! To, że nie jestem nawet w stanie obronić cię przed byle kretynami?! Krzyczał, a ja stałam i nie wiedziałam, co zrobić. Chciałam go przytulić, uspokoić, ale się nie dało. Marek miał w oczach łzy. Kiedy popłynęły mu po policzkach, zawstydził się jeszcze bardziej. Jeszcze bardziej też wkurzył. Przeklinając pod nosem, wyszarpnął z kieszeni pięćdziesiąt złotych, wcisnął mi w rękę i warknął, żebym zamówiła sobie taksówkę. A sam ruszył przed siebie. – Marek… – zrobiłam krok za nim. – Nie idź za mną! Nie idź, do cholery! Daj mi spokój, dziewczyno… Błagam cię, daj mi spokój! – jęknął i pojechał. Zrezygnowana wróciłam do domu. Zadzwoniłam do niego jeszcze tego samego wieczora. Zatelefonowałam raz i drugi, ale Marek nie odpowiadał. Napisałam więc SMS-a, że się martwię, i żeby dał mi znać, czy wszystko z nim w porządku. Odpisał, że tak, że jest OK. Tylko tyle… Myślałam, że to przejściowe. Że Marek chciał się jedynie ukryć na trochę przed światem i przełknąć gorycz tego okropnego wydarzenia. Przez kilka dni pisałam do niego SMS-y i dzwoniłam, ale on nie odpowiadał. Czasem tylko odpisywał, żebym dała mu spokój, że nie ma ochoty na rozmowę. Przez tydzień tak się przepychaliśmy, aż w końcu to Marek zadzwonił, żeby ze mną zerwać. Nie chciałam mu na to pozwolić. Postara się wyjść naprzeciw moim oczekiwaniom… – Ja mam dość, Gośka! Rozumiesz? Mam wszystkiego serdecznie dość! Czy możesz wreszcie przyjąć do wiadomości, że ja się męczę każdego dnia z myślą, że tak wielu rzeczy nie mogę? Że tyle mi brakuje…? Że nie mogę ci dać wszystkiego? – Ale czego? Co ty mówisz?! – Poczucia bezpieczeństwa, wygody, szczęścia… Gosiu, błagam, znajdź sobie kogoś, kto będzie potrafił cię obronić przed byle palantami. A nie pokrakę, która potrafi się tylko czołgać między nimi… – przełykał gorycz z każdym słowem. – Nie czołgałeś się. Byłeś bardzo dzielny, kochanie… – przekonywałam, powstrzymując płacz; wprost pękało mi serce. – Nie kpij, dobrze? Rany, kobieto, nie kpij! Daj mi zachować trochę godności! Znajdź sobie kogoś fajnego. Rozłączył się i już więcej nie odbierał połączeń. Ale ja nie dałam tak łatwo za wygraną. Poszłam do Marka do domu. Otworzyła jego mama i powiedziała, że on nie chce ze mną rozmawiać. Wiedziała, o co chodzi, bo uśmiechnęła się do mnie smutno. – Wiesz, jaki on potrafi być uparty. Próbowałam go przekonać, ale to tylko pogorszyło sprawę – przyznała cicho. Miała rację, o tym zapomniałam. O tym, że Marek zaimponował mi właśnie swoją konsekwencją. Odpuściłam więc. Ileż miałam go prosić? Ile czasu miałam błagać? Dałam mu spokój, choć czułam, że to wszystko jest bez sensu. Że rozbijamy się o jakieś wyimaginowane problemy. O jego kompleksy, niezaleczone rany. Dla mnie to wszystko był absurd, ale rozumiem też, że osobie zdrowej trudno jest wyobrazić sobie uczucia człowieka dotkniętego niepełnosprawnością. Zwłaszcza mężczyzny, który przecież „musi” być samcem alfa. Któremu cały świat wmawia, że powinien być kowbojem, macho… No i tak wygląda nasza dotychczasowa historia. Czy to koniec? No właśnie chyba nie i dlatego ją opowiadam. Bo jest promyczek nadziei… Od tamtych przykrych chwil minęły trzy miesiące i znów coś się dzieje! Marek kilka dni temu odpowiedział na mojego maila! Organizuję przyjęcie urodzinowe i zaprosiłam go do siebie w krótkich słowach. Najmniej zobowiązująco jak to możliwe. Ku mojemu zdziwieniu odpisał, że chętnie przyjdzie, że mogę się go spodziewać. Zapytał też, co mi kupić w prezencie. Odpisałam, że bardzo ucieszyłabym się z wiadomości, że nie ma dziewczyny. „Bo ja nie miałam nikogo od naszego rozstania…” – dopisałam. Wiem, wiem, jestem postrzelona i mogłam go tym wystraszyć! Ale on chyba nie wpadł w panikę, bo odpowiedział bardzo oficjalnie, ale i obiecująco: „Postaram się wyjść naprzeciw twoim oczekiwaniom”. Dobrze go znam i wiem, że w ten sposób ze mną flirtuje. Że to jest jego wstęp do podrywu! Zrobię więc wszystko, żeby przekonać Marka do spojrzenia na nasz związek z mojego punktu widzenia. A jak się nie da przekonać argumentami logicznymi, to znów mu siądę na kolana. A co! O miłość trzeba walczyć! Czytaj także:„Mój mąż wyprowadził się do kochanki, jak byłam w pracy i więcej się do mnie nie odezwał. W życiu nie czułam się gorzej”„Przespałam się z mężem siostry, kiedy wyjechała w delegację. Od tego czasu jej unikam, bo nie mogę jej spojrzeć w oczy”„Zaszłam w ciążę z byłym mężem. On nie może się dowiedzieć, bo to zniszczy mu życie. Wyjechałam na drugi koniec Polski” Data utworzenia: 3 sierpnia 2011, 7:27. Nic nie może wiecznie trwać. Przekonała się o tym ostatnio Courtney Love (46 l.) Love załamana. Rzucił ją chłopak Foto: Fakt_redakcja_zrodlo Dla niej te wakacje nie będą z pewnością najszczęśliwszymi w życiu. Wokalistka została porzucona przez swojego chłopaka, Henry'ego Allsoppa (37 l.).Okazuje się, że były facet Love jest spokrewniony z księżną Kamilą Parker Bowles (64 l.), która nie akceptowała nowej miłości swojego chrześniaka. Cóż, znając ekscesy i maniery Courtney, trudno się dziwić... /10 Love załamana. Rzucił ją chłopak Fakt_redakcja_zrodlo Courtney Love /10 Love załamana. Rzucił ją chłopak Fakt_redakcja_zrodlo Courtney Love została porzucona /10 Love załamana. Rzucił ją chłopak Fakt_redakcja_zrodlo Courtney Love rozstała się właśnie ze swym chłopakiem /10 Love załamana. Rzucił ją chłopak Fakt_redakcja_zrodlo To on zdecydował o końcu ich związku /10 Love załamana. Rzucił ją chłopak Fakt_redakcja_zrodlo Courtney Love znana jest z szalonego życia /10 Love załamana. Rzucił ją chłopak Fakt_redakcja_zrodlo Courtney Love nie raz była bohaterką skandali /10 Love załamana. Rzucił ją chłopak Fakt_redakcja_zrodlo Courtney Love /10 Love załamana. Rzucił ją chłopak Fakt_redakcja_zrodlo Courtney Love /10 Love załamana. Rzucił ją chłopak Fakt_redakcja_zrodlo Courtney Love /10 Love załamana. Rzucił ją chłopak Fakt_redakcja_zrodlo Courtney Love Masz ciekawy temat? Napisz do nas list! Chcesz, żebyśmy opisali Twoją historię albo zajęli się jakimś problemem? Masz ciekawy temat? Napisz do nas! Listy od czytelników już wielokrotnie nas zainspirowały, a na ich podstawie powstały liczne teksty. Wiele listów publikujemy w całości. Wszystkie historie znajdziecie tutaj. Napisz list do redakcji: List do redakcji Podziel się tym artykułem: napisał/a: biedrona9008 2011-09-23 00:14 Hmm... Jestem tutaj drugi raz i tak naprawdę drugi raz w tej samej sprawie ;/ Zabawne jest to, że spokojnie mogłabym skopiować poprzedni temat i wkleić po raz kolejny, ponieważ znowu rzucił mnie chłopak... Ostatnio kiedy o tym pisałam a to był Po tej całej sytuacji, o której pisałam w kwietniu. Zaczął przychodzić do mnie, przepraszać i wymiękłam :/ No i po powrocie było dobrze, wiadomo kłótnie się zdarzały, ale nie było źle, choć może po prostu nie chcę o tym pamiętać, albo sama sobie wmawiam, że wcale nie było tak źle. Już sama nie wiem, w każdym bądź razie ostatnio było strasznie, on się ciągle obrażał . Zaczęło się od tego że moja siostra zaczęła głupi temat o prywatnych sprawach mojej rodziny przy moim facecie a ja poprosiłam żeby przestała bo on na pewno nie ma ochoty o tym słuchać. No i wtedy on się oburzył i wyszedł, wyszłam więc za nim pytając o co mu chodzi, na co stwierdził, że ja wiem wszystko o jego rodzinie a przy nim nie pozwalam mówić o niczym. Próbowałam mu wytłumaczyć, że problemy rodzinne to nic przyjemnego do słuchania i że ja po prostu nie mam ochoty mu o tym , a na pewno nie teraz i nie w takich okolicznościach. Dodam, że on naprawde nie jest dobrym słuchaczem, kiedy powiedziałam mu o problemach finansowych moich rodziców zaczął komentować ich postępowanie i po tym już nie miałam ochoty mu się z niczego zwierzać. Tak więc wtedy kiedy za nim wyszłam i próbowałam mu jakoś wytłumaczyć, zaczął mnie znowu wyzywać, żebym [Mod: pip-pip] że nie ma ochoty ze mną gadać, żebym [Mod: pip-pip]. Prosiłam żeby normalnie ze mną porozmawiał, bo nie ma o co robić awantury to wyzywał mnie jeszcze bardziej kiedy nie chciałam dac mu spokoju. A ja poprostu nie chciałam sie kłucić bo i tak bardzo mało czasu razem spędzamy :( a raczej spędzaliśmy. Po tej sytuacji następnego dnia nie odzywał się nic, mimo że próbowałam się do niego dodzwonić. Potem obrażony urażony w końcu się odezwał i pojechaliśmy razem 70 km za miasto załatwić moje szkolne sprawy. Całą drogę nie odzywał się nic. W powrotną stronę ja zapytałam czy długo tak będzie się zachowywał no i od słowa do słowa i znowu awantura. Znowu o to że ja mu nic nie mówię. Ja powiedziałam, że skoro tak bardzo chce rozmawiać to może porozmawiamy o nas a nie o problemach innych. To on stwierdził, że nam już nic nie pomoże. Zapytałam się w takim razie, że po co ze mną jest? Nie odpowiedział nic. Ciągle mnie olewał, nawet w weekend kiedy możemy tylko w sobotę wieczorem wyjść, olał mnie i umówił się z kolegami. Ja zapłakana poszłam do domu i zmusiłam się, żeby wyjść gdzieś ze znajomymi. Po czym jak dowiedział się gdzie jestem, to przyjechał. I co ja mam myśleć? Widywaliśmy sie rzadko bo ja dużo pracuję. On pracuje dużo mniej ode mnie. Odnoszę wrażenie, że ja byłam kołem ratunkowym. Zawsze najpierw koledzy, potem ja. Jak nie miał ciekawszych propozycji to siedział ze mna. Kiedy on miał taki dzien ze chciał cały dzien poleżeć przed tv to ja nie miałam nic przeciwko, ale kiedy ja miałam taki dzien to kazał mi siedziec samej bo on nie bedzie przed tv siedział. Ja robiłam to na co on miał ochotę, zawsze. Pewnego wieczoru po mojej pracy zadzwonił i zapytał czy do niego przyjde? Jak zapytałam czy wyszedlby po mnie z parasolka chociaz kawalek bo pada a ja jestem bez auta, to powiedział "Nie spoko to nie, do jutra" Jak zadzwoniłam jeszcze raz i powiedziałam, że następnego dnia mam na rano i że może przyjechałby po mnie to wzięłabym ciuchy i poszła spać do niego itd. To powiedział "Nie no już mówiłem, po co mi się tłumaczysz. Do jutra" Po czym zadzwoniłam kolejny raz i zapytałam co on sobie myśli, że tak nie zachowuje sie chłopak, a już na pewno nie taki który kocha. To powiedział, że znowu robie awanture i że nie będzie ze mną rozmawiał bo go [Mod: pip-pip] i że już nawet ode mnie telefonu nie odbierze. Następnego dnia zachowywał sie jakby się nigdy nic nie stało. Ja tematu poprzedniego wieczoru nie poruszałam, żeby sie znowu nie kłucić bo już miałam tych awantur po dziurki w nosie. Po czym gdy byliśmy w markecie, no i łaziliśmy i oglądaliśmy różne rzeczy, ja poszłam na dział ze sprzętem sportowym, rowerki stacjonarne itp. Kiedy on zobaczył co oglądam, zapytał po co to oglądam, że przecież i tak mnie na to nie stać i nigdy sobie tego nie kupię. (Bardzo często poruszał temat moich niskich zarobków, że nie mam pieniedzy itd.) Ja nie chcąc się nadal kłucić odpowiedziałam z uśmiechem, że może sobie kiedyś kupię. Na co on dalej, że tak napewno, że z moimi długami itp. W końcu zrobiło mi się tak przykro, że zapytałam co on ma w życiu? (Dodam jedynie, że jest na stażu z urzędu prtacy, bo pracy normalnej nie ma, nie ma wykształcenia bo jest po gimnazjum, nie ma nawet swojego samochodu a ma 23 lata) W końcu w takiej złości powiedziałam mu, że to on nie ma nic, nie ma pracy, nie ma wyksztalcenia, nie ma pieniedzy nie ma nic. Tym samym wywołałam wojnę. Powiedział mi żebym [Mod: pip-pip], że nie chce mnie znać, że to koniec itp. Ja nie chciałam mu powiedzieć tego co powiedziałam, było mi przykro. Zapytałam go czy było mu przyjemnie, bo on traktuje mnie tak ciągle, że ja się tylko broniłam. Nie chciał już ze mna rozmawiać, wyzywał mnie tylko. Powiedziałam mu że musi mnie odwieźć do domu bo on mnie tam przywiózł. Całą droge próbowałam mu wytłumaczyć, że krzywdzi mnie takim zachowaniem, że skoro nam nie wychodzi to powinniśmy porozmawiać normalnie a nie się rozchodzić w awanturze. Rozejść się ok, ale nie w taki sposób. Na co jesynie mi odpowiedział, że nie będzie ze mną rozmawiał i żebym sie nie zdzierała bo on ma na mnie [Mod: pip-pip] i że nawet ochoty patrzeć na mnie nie ma. Zapytałam go, czy poraz kolejny przyjdzie do mnie po miesiącu i nagle zachce mu sie rozmawiać? To powiedział, że za miesiąc to mi nawet "cześć" nie powie. No i tak sie skończyło. Ogromnie zabolały mnie słowa i wyzwiska, które usłyszałam. Wiadomo, jest mi przykro. Zmarnowałam 6,5 roku. Mam nadzieję jedynie, że już go nie zobaczę w moich drzwiach. Bo nie jestem na tyle silna, żeby móc się z nim spotkać. Najgorsze jest to, że są i miłe wspomnienia, które jak na złośc w takich sytuacjach człowiek ma przed oczami. A nie chcę więcej słuchać jego tłumaczenia, że on był zdenerwowany, dlatego się tak zachowywał. Chcę to skończyć raz na zawsze tylko nie wiem jak... Do tej pory żyłam jego życiem, robiłam zawsze to na co on miał ochote i zawsze z nim. Kiedy zostawałam sama czułam sie jak małe dziecko któremu zgubiła sie mama. Jak narazie minęło kilka dni i jakoś sie trzymam, ale są momenty kiedy jest mi okropnie. Kiedy dowiaduję się, że on się świetnie bawi z kolegami a ja siedzę sama. Wtedy jest najgorzej. Zastanawiam sie jak człowiek, który rzekomo kocha, może tak traktować ukochaną osobę. Nie wiem co mam myśleć i nie wiem co mam ze sobą zrobić. Nie wiem nic... Przepraszam, że tak się rozpisałam, ale po prostu potrzebowałam to z siebie wyrzucić. "Na początku jest nieziemsko w łóżku, są motyle w brzuchu, chemia i ogromny pociąg. Schody zaczynają się później" - twierdzi Elwira (41 lat), która spotyka się z partnerem młodszym o 13 lat. Ona starsza, on młodszy — to coraz popularniejszy układ, na który decyduje się coraz więcej osób. Czy dojrzałe kobiety mają się czego obawiać, wchodząc w takie związki? Jakie przeszkody mogą stanąć na ich drodze do szczęścia? "Gdy urodziłam naszą córkę, porzucił mnie dla innej, również starszej od siebie kobiety. Moja samoocena spadła do zera. Nigdy więcej młodszego!" - twierdzi Kaśka (38 lat) "Będąc z nim w związku, byłam szczęśliwa. Nigdy wcześniej nie byłam z kimś, kto by tak o mnie dbał i na kim mogłabym polegać. Trudno pogodzić mi się z tym, że zerwał kontakt" - mówi Magda (43 lata) Związek starszej kobiety i młodszego mężczyzny może stać się przyczyną wielu problemów w życiu obu ze stron. Jakich? Przedstawiamy kilka prawdopodobnych scenariuszy Ilu ludzi, tyle opinii, ile kobiet mających za sobą podobny związek, tyle doświadczeń. Kaśka (38 lat), użytkowniczka Sympatii, napisała: "Miałam męża młodszego o 11 lat. Gdy urodziłam naszą córkę, porzucił mnie dla innej, również starszej od siebie kobiety. Gdyby rzucił mnie dla młodszej, lepszej, piękniejszej, może bym zrozumiała, ale to, że odszedł do jeszcze starszej ode mnie, kompletnie mnie załamało. Moja samoocena spadła do zera. Nigdy więcej młodszego!" Podobne doświadczenia ma Magda: "Mam 43 lata i właśnie zakończył się mój związek z mężczyzną młodszym o 15 lat. Zerwał kontakt, choć zawsze twierdził, że w jego życiu nie ma innej kobiety. To było kłamstwo. Od znajomych wiem, że spotykał się z młodszą kobietą. Mimo to, będąc z nim w związku, byłam szczęśliwa. Nigdy wcześniej nie byłam z kimś, kto by tak o mnie dbał i na kim mogłabym polegać. Trudno pogodzić mi się z tym, że zerwał kontakt, bez rozmowy, bez wyjaśnień — tak jakby to było czymś naturalnym". Elwira (41 lat) od roku spotyka się z partnerem młodszym o 13 lat. - Oczywiście, jest nieziemsko w łóżku, na początku. Nie ma żadnych problemów, są motyle w brzuchu, chemia i ogromny pociąg. Schody zaczynają się później, kiedy tobie zaczyna doskwierać rutyna, a jemu nie trzeba zmian, bo przecież seks jest, randki są, więc na co narzekać. No właśnie jest na co. Dla mnie takie życie w nieskończoność, bez perspektyw, planów, to strata czasu. Chociaż związek dojrzałej kobiety i młodszego mężczyzny dzisiaj już nikogo nie dziwi, mimo to może stać się przyczyną wielu problemów w życiu obu stron. Jakich? Przedstawiamy kilka bardzo prawdopodobnych scenariuszy. Dojrzała kobieta kontra rodzice Różnica wieku między dojrzałymi kobietami a ich młodszymi partnerami często jest dosyć znacząca, o czym wiele pań stara się zwykle nie myśleć. Niestety, w końcu przychodzi taki moment, kiedy należy poznać matkę swojego wybranka i uwierz, że możesz poczuć się bardzo dziwnie, kiedy okaże się, że jesteś w bardzo zbliżonym wieku do swojej przyszłej teściowej. Może twoi rodzice nie będą mieli nic przeciwko takim dysonansom, ale jego… niekoniecznie. Musisz być świadoma, że im młodszy facet, tym trudniej będzie ci przekonać do siebie przyszłych teściów. Dojrzała kobieta kontra dzieci Jeśli jesteś matką, istnieje duże prawdopodobieństwo, że twoje dzieci są mniej więcej w wieku twojego nowego partnera. Myślisz, że tak łatwo będzie im pogodzić się z faktem, że ich ojcem zostanie ktoś, kto właściwie mógłby być ich dobrym kumplem? No właśnie. Ciąg dalszy tekstu pod materiałem wideo... Dojrzała kobieta kontra otoczenie Przygotuj się na to, że prędzej czy później najprawdopodobniej usłyszysz komentarze w stylu "Wygląda jak jego matka". Powiesz, że na pewno taka sytuacja nigdy nie będzie miała miejsca, ponieważ jesteś zadbaną dojrzałą kobietą i każdy zawsze cię odmładza? To świetnie, ale musisz być świadoma, że za jakiś czas to się może zmienić. Dojrzała kobieta kontra doświadczenie Twierdzisz, że twój partner jest dojrzały jak na swój wiek? W porządku, ale przygotuj się na to, że w pewnym momencie waszego wspólnego życia, może się okazać, że jego spojrzenie na przyszłość jest zupełnie inne od twojego. Nie zdziw się więc, jeśli w pewnym momencie okaże się, że byłaś dla niego tylko doświadczoną nauczycielką, z którą po zakończeniu pewnego etapu, po prostu będzie należało się rozstać. Dojrzała kobieta kontra sprawy finansowe Masz dobrą pracę, świetnie zarabiasz, dlatego nie widzisz nic złego w tym, żeby utrzymywać swojego młodszego partnera? To już twoja indywidualna sprawa, ale… jesteś pewna, że chcesz to robić w nieskończoność? Nikt nie zakłada, że twój partner będzie już zawsze na twoim garnuszku, mimo to musisz być przygotowana na taką ewentualność. Jeśli uważasz, że to nie wpłynie negatywnie na wasz związek, to już inna sprawa. Nad czym warto się zastanowić, jeśli twój partner jest dużo młodszy? 1. Pomyśl, co stanowi dla ciebie główną atrakcję w związku z młodszym partnerem. Czy oprócz tego, że "czujesz się przy nim młodo", czujesz się także bezpiecznie, łączą was wspólne wartości? 2. Czy masz pewność, że wasze priorytety i wartości będę zgodne na dłuższą metę? 3. Czy wyobrażasz sobie wasze życie w momencie, kiedy wejdziesz w etap starości, a twój partner wciąż będzie w sile wieku? 4. Czy nie stanowi dla ciebie problemu perspektywa, że twoja starość nadejdzie wcześniej i być może twoja sprawność obniży się szybciej niż u partnera? 5. Czy masz pewność, że wasze potrzeby są zgodne? Jeśli zastanowisz się nad tymi aspektami, szanse na szczęśliwy dalszy ciąg są dużo większe. Co myślisz o związkach z dużą różnicą wieku? Napisz: redakcja@ Źródło: Przechodzę przez „żałobę” po zakończeniu związku, który trwał 13 lat… Jestem emocjonalnym wrakiem człowieka. Od rozstania minęły 3 miesiące. Pierwszy miesiąc to była jakaś masakra- ciągle płakałam, nie jadłam, nie spałam, zawaliłam pracę, nie byłam w stanie ogarnąć codzienności. Wraz z partnerem straciłam też dach nad głową, nasze wspólne psy i środki, które inwestowałam w jego mieszkanie, które wiele lat było naszym wspólnym domem. To brzmi, jakbym była jakąś potworną materialistką, ale w takich okolicznościach taki fakt też cholernie boli. W drugim miesiącu jakoś zaczęłam się zbierać, teraz jest trzeci miesiąc, przyszła wiosna, a do mnie jakby to wszystko trafiło na nowo- nie mogę normalnie funkcjonować, ciągle płaczę i myślę o nim. O tym, co robi, jak mu jest, dlaczego to się stało. Czy rzeczywiście jestem takim potworem, że musiał odejść. Czy zrobiłam wszystko, żeby związek uratować. Dlaczego to się stało. Nie mogę się z tym pogodzić. Miał być ślub, dziecko było w drodze, świeżo zakończony remont kuchni. Wiadomo, że między nami było różnie- było i cudownie, i były kłótnie, jak to w życiu, nie ma przecież idealnych związków. Przeszliśmy razem wiele- ciężkie czasy, wręcz biedę, bezrobocie, trudny "dorabiania się", choroby i śmierć bliskich nam osób, ale zawsze udawało nam się wyjść z kryzysów. Dwa miesiące przed zaplanowanym ślubem partner oznajmił mi, że się zakochał w koleżance z pracy. Nie będę wchodzić w szczegóły całej historii, bo musiałabym tu napisać wypracowanie o objętości encyklopedii, ale po krótce opowiem, że przez miesiąc próbowałam go przekonać, że nie warto niszczyć naszego „my”- tych wspólnych lat, planów, marzeń. Żeby się opamiętał, że przecież tą dziewczynę ledwo zna (znaj się z imprez firmowych i wyjazdów integracyjnych, w sumie widzieli się z 10 razy). Oczywiście dowiedziałam się jaka to jestem beznadziejna, nasz związek beznadziejny i tak dalej. Że nuda, rutyna, wypalenie. Ale wtedy myślałam, że są to takie błahe powody, że nie warto dla nich kończyć związku, że można wszystko uratować, jeżeli oboje się postaramy. Że daliśmy się po prostu ponieść codzienności, zatraciliśmy się oboje w pracy i walce o lepszy byt, że siebie straciliśmy z oczu. Jednak mój kochany uważał inaczej, ale żeby nie było, że on się nie starał – zrobił coś na kształt castingu- siadał sobie i rozważał, która z nas jest lepsza, ma bardziej odpowiadające mu cechy charakteru i wyglądu. Raz deklarował, że chce ze mną być, że mnie kocha i nie wyobraża sobie beze mnie życia, że przecież ja jestem jego całym światem i życiem a po 2-3 dniach totalnie zmieniał zdanie na że to nie ma sensu, nie ma czego ratować, że ta jego „przyjaciółka” jest taka wspaniała, cudowna, delikatna, że tak dobrze mu się z nią rozmawia, że nigdy się tak nie czuł. W czasie dni, kiedy był „na tak” na mnie, zabrał mnie raz na kolację i uznał, że o wystarczający dowód na to, że mu zależy. Kontaktu z nią nie zamierzał zrywać, „bo będzie jej przykro, nie może jej zranić”. Nawet pojechał do miasta, w którym ona mieszka, żeby się z nią zobaczyć, potem mi opowiadał, że podczas tego spotkania całowali się i że nie mogę mieć o to do niego pretensji, bo on jest dorosły i ona też i że mogą robić co chcą. Byłam w takim stanie, że byłam gotowa zgodzić się na wszystko, byleby tylko ze mną został. Nawet, jakby mi kazał sobie obie nogi odrąbać. W pewnej chwili dopiero zorientowałam się, że nie jestem w stanie spełnić wszystkich jego żądań- zmienić o 180 stopni swój charakter, zrezygnować ze wszystkiego co kocham i tolerować, że on i tak będzie się z nią spotykał, bo przecież razem pracują. Nie zmienię się też naglę w bujnowłosą modelkę o nieskazitelnej skórze (argumenty odnośnie wyglądu użyte przeciw mnie- mam za szerokie biodra i w ogóle figurę nie taką, rozstępy oraz krótkie i za rzadkie włosy oraz styl do kitu). Dowiedziałam się jaka jestem nudna, mało spontaniczna, ograniczona, wredna i jędzowata. Zaczęłam w pewnej chwili szukać nawet mieszkania, bo przestałam widzieć nadzieję na ratunek. Przeszukiwał mi telefon i komputer, kazał się potem spowiadać, do kogo dzwoniłam i dlaczego, dlaczego takie a nie inne strony w necie przeglądam, że jestem taka durna, bo się naczytam głupot w internecie. O tym, że mam się wyprowadzić poinformował mnie przez telefon. Zabrałam rzeczy. Potem powiedział, że jestem głupia, że mogłam zostać, bo „on mnie w cale nie wyrzucał, jakbym sobie tak mieszkała z nim jeszcze ze 2-3 tygodnie, on by sobie tak na mnie popatrzył to może by zdanie zmienił”. Potem, że to wszystko moja wina, bo ja byłam… (i tu znów lista moich wszelkich przewinień), że od dawna się ze mną męczył i że nie jestem kobietą, której on potrzebuje. Że nie chce mieć związku z etykietą „po przejściach”, ale woli sobie zacząć nowe życie z młodszą kobietą, którą „on sobie ulepi tak, żeby jemu pasowała”. Nie będzie się dalej męczył, pracował nad sobą (bo on nie ma sobie nic do zarzucenia, on nie zrobił przecież nic złego), nad związkiem, bo i tak się nie uda. Że nie zostanie ze mną ze względu na dziecko, że mam sobie zrobić „z tym”, co uważam za stosowne (ostatecznie ze stresu i wyczerpania i tak poroniłam). I jeszcze że jestem materialistką, pragmatyczką i egoistką, bo przy rozstaniu zażądałam podziału wspólnie kupionych rzeczy. Że wszystko źle rozegrałam, bo gdybym wtedy czy wtedy (z podaniem konkretnych sytuacji) powiedziała/ nie powiedziała, zrobiła/ nie zrobiła czegoś tam, to wtedy on by zmienił zdanie. Potem jeszcze wydzwaniał w nocy, że siedzi w pustym mieszkaniu, że nie ma mnie, że on nie wie, jak będzie dalej żył, że mnie kocha i tak dalej. Myślałam, że się ocknął, że uda nam się uratować nasz związek. Rano już było inaczej- twierdził, że oczywiście kocha mnie, ale nie może ze mną być, bo za dużo złego się już stało, że on się zaangażował już w relację z tamtą i ona na niego czeka. Co więcej - ona była cały czas zaangażowana w nasze rozstanie, w tą walkę, zwierzał jej się i pytał, co ma robić (!). Jestem wrakiem człowieka, nie mogę się pozbierać. Nie widzę teraz sensu niczego – życia, dbania o siebie, wychodzenia z domu. Zmuszam się do wychodzenia ze znajomymi, na koncerty, wystawy, do kina, ale zwykle kończy się to płaczem w kiblu albo w drodze do domu, bo ciągle myślę o tym, że mogłabym to robić z nim. Albo że mogłabym być w domu z nim. Nie mam totalnie ochoty spotykać się z innymi facetami, mam ich dość na wieki. Nie zapomnę go nigdy, innemu już nie zaufam ani nie pokocham. Nie potrafię. Temu oddałam całą siebie. Czuję się nic nie warta, brzydka, ciągle tylko oglądam te włosy, które mi wypomniał, już nawet chciałam się na łyso ogolić. Wyrzuciłam zdjęcia, pamiątki, prezenty. Nie mogę się jeszcze przemóc przed pozbyciem się pierścionka zaręczynowego. Dostrzegłam rzeczy, które były złe między nami, co powinniśmy zmienić już dawno, ale olaliśmy to, bo brak czasu, ciągła pogoń za wszystkim. Ale mimo wszystko boli to, że on nie chciał zawalczyć, że wybrał tą łatwiejszą drogę, wymienił mnie „na lepszy model” jakbym była pralką. Zdradził (dla mnie to, co zrobił to zdrada emocjonalna). A ja uważałam, że on i nasz związek są warte każdego poświęcenia. Ja dawno temu, żeby go zadowolić rezygnowałam z wielu rzeczy, bo według niego poświęcałam na to za dużo czasu albo było to głupie. Przypominam sobie wszystko, co robiłam w tym związku- że pisałam za niego pracę dyplomową, że przez rok, jak był bezrobotny to zasuwałam na dwóch etatach, żeby utrzymać dom i spłacić kredyty, że nawet jak byłam chora to dawałam z siebie 100% - z gorączką potrafiłam gotować obiad, żeby miał, jak wróci z pracy i nie chciałam być „obciążeniem”. Zrezygnowałam ze swoich zainteresowań i pasji, działalności charytatywnej, ograniczyłam kontakty z rodziną i znajomymi i wzięłam na siebie 95% obowiązków domowych, żeby on mógł spokojnie pracować i potem odpocząć po powrocie. Fakt, jestem wybuchowa, mam różne wady (a czy ktoś ich nie ma?), ale czy nie zasłużyłam zamiast takiego traktowania na rozmowę? Choć nigdy nie czułam się przy nim piękna (zawsze było coś do poprawy), kochana czy zwyczajnie fajna (wciąż mnie za wszystko krytykował), skończył mi się świat. Nie mogę się z tym pogodzić. Kocham go nadal i nie mogę normalnie żyć. Nawet głupi program w tv, który oglądaliśmy wspólnie doprowadza mnie do płaczu. Jadąc do pracy codziennie przejeżdżam niedaleko jego domu, codziennie rano płaczę. Wszystkie samochody w kolorze niebieskim (jak jego) doprowadzają mnie do histerii. Tak samo, jak ludzie z psami (zostały u niego nasze wspólne psy i nie chce mi ich oddać) czy kobiety z dziećmi w wózku albo wystawa sukien ślubnych. Boli mnie też to, że on mnie tak szybko wymazał ze swojego życia, jakbyśmy znali się tydzień, ani byli ze sobą 13 lat. Musiałam niemal błagać o oddanie reszty moich rzeczy. Wmawiał mi, że tak strasznie cierpiał po mojej wyprowadzce, a wiem, że po niecałych 2 tygodniach już z tą nową był na romantycznym wypadzie w góry (mi zarzucał, że przeze mnie nigdzie nie wyjeżdżamy i nie wychodzimy, ale wszelkie moje pomysły sam torpedował lub nie robił nic w tym kierunku, żeby cokolwiek zrealizować albo mówił, że nie, bo on nie może wziąć urlopu). Boli, że teraz dla niej skłonny jest wziąć urlop na wyjazd, albo wyjść gdzieś, a ja nie byłam warta poświęcania mi czasu w ten sposób. Nawet do kina chodziliśmy 3 razy w roku. I zazwyczaj na filmy, które on chciał. Jak chciałam iść na film/koncert/ cokolwiek innego, co interesowało mnie, to musiałam iść sama albo z koleżanką. Czuję się jak śmieć. Raz, że mnie zostawił po tylu latach, dwa- że ja i nasze związek nie byliśmy dla niego warci tej walki, trzy - że ona jest teraz warta wszystkiego, nie szczędzi na nią czasu ani hajsu. A ja przez 13 lat bycia z niam zawsze płaciłam za siebie nawet za głupią kawę na stacji benzynowej, żeby nie usłyszeć, że jestem z nim dla pieniędzy. Usłyszałam od niego, że to wszystko moja wina, że on po prostu nie może już ze mną wytrzymać, że go zmuszałam do ślubu bo „zbliżam się do 30- tki i po prostu mi odjebało”, że on musi odejść, bo ze mną nie da się żyć a ona jest taka cudowna, bo z nikim mu się tak dobrze nie rozmawia, jak z nią, że nie zachwycałam się nim, a ona go adoruje, żebym „zrobiła coś ze sobą, bo żaden facet ze mną nie wytrzyma”. Że ja nie doceniałam jego uczuciowości, a ona jest taka biedna, że na pewno doceni to, jaki on jest dobry. Ale też żebym się nie załamywała, bo być może wróci do mnie, jak mu z nią nie wyjdzie. Ale że się też nad tym dobrze zastanowi, bo będzie musiał ocenić, czy opłaca mu się dwa razy wchodzić do tej samej rzeki. Czy to kiedyś minie? W tej chwili mam w głowie obraz siebie jako zaniedbanej samotnej kobiety ze stadem kotów, siedzącej w zasyfionym mieszkaniu, w dresie, zgorzkniałej. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę w stanie komuś innemu zaufać, kogoś innego pokochać. Czy znajdę w sobie siłę i chęć na chodzenie na randki, na rozwijanie znajomości, pracę nad związkiem i czekanie "czy coś z tego będzie". Zresztą skoro jestem taka beznadziejna i nudna (brzydka i z problemami zdrowotnymi i coś tam jeszcze), to kto mnie będzie chciał.

chłopak mnie rzucił dla innej